Rozdział szósty
Wuj - Leni
Jednego popołudnia K. był właśnie bardzo zajęty przed wysyłką poczty - wcisnął się do pokoju między dwoma woźnymi przynoszącymi jakieś pisma wuj Karol, drobny obywatel ziemski z prowincji. K. nie przestraszył się już teraz tak bardzo na widok wuja, jak przeraziła go niedawna myśl o jego przyjeździe. Wuj musiał przybyć. K. uważał to prawie od miesiąca za pewnik. Już wtedy zdawało mu się, że go widzi, jak lekko schylony, z przygniecionym kapeluszem panama w lewej ręce już z daleka wyciąga do niego prawicę i na nic nie zważając podaje mu ją z pośpiechem przez biurko, przewracając wszystko, co stoi na drodze. Wuj zawsze się śpieszył, ponieważ prześladowała go nieszczęsna myśl, że w ciągu z reguły tylko jednodniowego pobytu w stolicy musi wszystko, co przedsięwziął, załatwić, a równocześnie nie może pominąć żadnej nadarzającej się rozmowy, interesu czy przyjemności. K., który czuł się wobec niego jako swego byłego opiekuna szczególnie zobowiązany, musiał mu we wszystkim być pomocny, a oprócz tego przenocować go u siebie. Zwykł go był nazywać "upiorem z prowincji". Zaraz po powitaniu - usiąść w fotelu, do czego K. go zapraszał, nie miał czasu - prosił o krótką rozmowę w cztery oczy.
- To jest konieczne - powiedział, z trudem przełykając słowa - konieczne dla mego uspokojenia. K. natychmiast odesłał woźnych z pokoju z nakazem nie wpuszczania nikogo.