- Dobre dziecko - powiedział wuj skończywszy czytać i otarł sobie z oczu kilka łez.
K. przytaknął. Wskutek różnych przeszkód w ostatnich czasach zupełnie zapomniał o Ernie, zapomniał nawet o jej imieninach, a historia z czekoladą była widocznie w tym celu zmyślona, aby go wziąć w obronę przed wujem i ciotką. To go wzruszyło i czul, że bilety do teatru, które postanowił odtąd regularnie jej przysyłać, nie będą na pewno dostateczną nagrodą, lecz do odwiedzin w pensjonacie i do rozmowy z młodą osiemnastoletnią gimnazjalistką nie był obecnie usposobiony.
- I co teraz powiesz? - spytał wuj, który dzięki listowi zapomniał o całym pośpiechu i zdenerwowaniu i przelatywał go powtórnie.
- Tak, wuju - powiedział K. - to jest prawda.
- Prawda? - zerwał się wuj. - Co jest prawdą? Jak to może być prawdą? Co za proces? Chyba nie proces karny?
- Proces karny - odpowiedział K.
- I ty tu siedzisz spokojnie, mając na głowie proces karny? - wolał wuj coraz głośniej.
- Im jestem spokojniejszy, tym lepiej to dla jego wyniku - powiedział K. znużony - nic się nie bój.
- To mnie nie może uspokoić - krzyczał wuj. - Józefie, kochany Józefie, pomyśl o sobie, o swoich krewnych, o naszym dobrym nazwisku! Byłeś dotychczas naszą chlubą, nie możesz stać się naszą hańbą. Twoja postawa - popatrzył na K. z przechyloną w bok głową - nie podoba mi się, tak nie zachowuje się ktoś niewinnie oskarżony, a czujący się jeszcze na siłach. Powiedz mi tylko prędko, o co chodzi, bym ci mógł pomóc. Chodzi naturalnie o bank?