- Nie - powiedział K. i wstał - ale mówisz za głośno, kochany wuju, woźny stoi prawdopodobnie za drzwiami i podsłuchuje. To nie jest dla mnie przyjemne. Wyjdźmy raczej. Odpowiem ci potem na twoje pytania, jak tylko będę umiał. Ja wiem bardzo dobrze, żem winien zdać rachunek rodzinie.
- Słusznie! - krzyczał wuj - bardzo słusznie, śpiesz się tylko, Józefie, śpiesz się!
- Muszę tylko wydać jeszcze kilka zleceń - powiedział K. i zawołał telefonicznie do siebie swego zastępcę, który też wszedł po chwili. Wuj w swoim zdenerwowaniu wskazał mu ręką, że to K, kazał go wezwać, co zresztą i tak nie ulegało wątpliwości. K. stojąc przed biurkiem i biorąc do ręki różne papiery tłumaczył cicho młodemu, chłodno, ale uważnie słuchającemu człowiekowi, co trzeba jeszcze dziś pod jego nieobecność załatwić. Wuj tymczasem przeszkadzał mu przez to, że stał z szeroko otwartymi oczyma, nerwowo zagryzając wargi, nie przysłuchując się zresztą, ale już same pozory przysłuchiwania się dostatecznie krępowały. Potem zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem, raz po raz przystawał przed oknem czy przed którymś z obrazów, przy czym wciąż mu się wyrywały z ust okrzyki: - To dla mnie zupełnie niepojęte! - albo - Chciałbym teraz wiedzieć, co z tego wyniknie! - Młody człowiek zachowywał się tak, jakby nic z tego nie zauważył, spokojnie wysłuchiwał do końca zleceń K., zanotował sobie niektóre i odszedł, ukłoniwszy się zarówno K., jak i wujowi, który właśnie odwrócił się do niego plecami, patrzał przez okno i w wyciągniętych rękach miął firanki. Ledwo się drzwi zamknęły, już wuj wykrzyknął:

  WJGQQYM WJQXQGM WQPYZGM WQJKBJM WQZJGVM