- Zgadzam się na wszystko, cokolwiek zechcesz przedsięwziąć - powiedział K., mimo że spieszny i naglący sposób, w jaki wuj podchodził do sprawy, żenował go. Nie było milo jechać jako oskarżony do adwokata dla ubogich. - Nie wiedziałem - powiedział - że w takiej sprawie można sobie wziąć adwokata.
- Ależ naturalnie - powiedział wuj - przecież to rozumie się samo przez się. Dlaczego nie- A teraz opowiedz mi, abym był dokładnie poinformowany, wszystko, co dotychczas zaszło. K. zaczął natychmiast opowiadać, nic nie zatajając, całkowita otwartość była jedynym protestem, na który sobie pozwolił wobec zapatrywania wuja, że proces jest wielką hańbą. Nazwisko panny Bürstner wymienił tylko raz i przelotnie, ale to nie przynosiło uszczerbku jego szczerości, ponieważ panna Bürstner nie miała żadnego związku z procesem. Opowiadając wyglądał przez okno i zauważył, że właśnie zbliżają się do owego przedmieścia, w którym były kancelarie sądowe, na co zwrócił uwagę wuja, ale ten nie widział w tym zbiegu okoliczności nic nadzwyczajnego. Auto zatrzymało się przed jakąś ciemną kamienicą. Wuj zadzwonił zaraz do pierwszych drzwi na parterze. Podczas gdy czekali, wyszczerzył w uśmiechu swoje duże zęby i szepnął:

  WQPQYPM WJXYKGM WJKXVQM WQGZQJM WQVVQPM