- Józef K.? - spytał nadzorca, może tylko po to, aby ściągnąć na siebie jego latający wzrok.
K. przytaknął.
- Pan jest zapewne bardzo zaskoczony wypadkami dzisiejszego rana? - spytał nadzorca i przesunął przy tym obiema rękami kilka przedmiotów leżących na stoliku: świecę, zapałki, książką i poduszeczkę na szpilki, jakby to były przedmioty potrzebne mu do rozprawy.
- Pewnie - odparł K. i ogarnęło go miłe uczucie zadowolenia, że wreszcie ma do czynienia z człowiekiem rozumnym i może z nim mówić o swojej sprawie. - Bez wątpienia, jestem zaskoczony, ale znowu nie tak bardzo.
- Nie bardzo zaskoczony? - spytał nadzorca i postawił świecę na środku stolika, grupując wokoło niej inne przedmioty.
- Może mnie pan źle rozumie - spiesznie zauważył K. - Przyznaję - tu przerwał i obejrzał się za jakimś krzesłem. - Mogę chyba usiąść? - zapytał.
- To u nas nie jest przyjęte - odpowiedział nadzorca.
- Przyznaję - rzekł K. już bez dalszej przerwy - że jestem bądź co bądź bardzo zaskoczony, ale gdy się żyło na świecie trzydzieści lat i samemu musiało się przez życie przebijać, jak to mnie przypadło w udziale, człowiek staje się odporny i nie bierze już tak poważnie żadnych niespodzianek. Zwłaszcza takich jak ta dzisiejsza.