- Panie dyrektorze - powiedział ze schyloną głową i uniżonym uśmiechem i wskazał na krzesło z oparciem w pobliżu swego łóżka.
- Niestety, mogę zostać tylko jeszcze kilka minut - powiedział dyrektor kancelarii uprzejmie, rozsiadł się szeroko w fotelu i popatrzył na zegar. - Interesy wzywają mnie. W każdym razie nie chcę przepuścić sposobności poznania przyjaciela mego przyjaciela. Skłonił lekko głowę w kierunku wuja, który zdawał się bardzo zadowolony z nowej znajomości, ale miał taką naturę, że nie umiał wyrażać uniżoności i przyjął słowa dyrektora zakłopotanym, lecz głośnym śmiechem. Obrzydliwy widok! K. mógł spokojnie obserwować wszystko, bo nikt się nim nie zajmował. Dyrektor, jak to widocznie było w jego zwyczaju, zwłaszcza że go już wyciągnięto na światło, objął przewodnictwo rozmowy, adwokat, którego pierwotna słabość miała może tylko temu służyć, by odeprzeć nową wizytę, przysłuchiwał się uważnie z ręką przy uchu, wuj, który objął opiekę nad świecą i balansował nią na udzie - adwokat często patrzał na to z obawą - wkrótce pozbył się zakłopotania i był teraz zachwycony tak sposobem mówienia dyrektora, jak i łagodnymi falistymi ruchami rąk, towarzyszącymi jego słowom. K., wsparty o poręcz łóżka i może naumyślnie całkowicie zaniedbywany przez dyrektora, służył starszym panom tylko jako słuchacz. Zresztą prawie nie wiedział, o czym była mowa, i myślał już to o pielęgniarce i o złym traktowaniu, jakie go spotkało ze strony wuja, już to o tym, czy nie widział już raz dyrektora, może nawet na zebraniu w czasie pierwszego przesłuchania. Może się mylił, ale ten pan znakomicie pasował do tych uczestników zgromadzenia, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie, do starych panów o rzadkich brodach. Nagle wszyscy nastawili uszu na dochodzący z przedpokoju dźwięk, jakby dźwięk stłuczonej porcelany.