- Myślałam - powiedziała - że pan sam do mnie wyjdzie bez mego wywoływania. Przecież to było dziwne. Najpierw przyglądał mi się pan zaraz przy wejściu prawie bez przerwy, a potem kazał mi pan czekać. Proszę mię zresztą nazywać Leni - dodała prędko i bez związku, jakby szkoda było tracić każdą chwilę tej rozmowy.
- Chętnie - powiedział K. - To jednak, co się pani, Leni, wydaje dziwne, można łatwo wyjaśnić. Po pierwsze, musiałem słuchać gadania tych starych panów i nie mogłem wybiec bez powodu, po wtóre, nie jestem zuchwały, tylko raczej nieśmiały i doprawdy także pani. Leni, wcale nie wygląda tak, jakby ją można było zdobyć jednym zamachem.
- Nie w tym rzecz - powiedziała Leni, położyła ramię na poręczy i patrzyła na K. - Ale nie podobałam się panu i prawdopodobnie nie podobam się także i teraz.
- Podobać się to jeszcze niewiele - powiedział wymijająco K.
- Och! - odrzekła z uśmiechem i przez uwagę K. oraz przez ten drobny okrzyk zyskała pewną przewagę. K. milczał dlatego przez chwilę. Ponieważ przyzwyczaił się już do ciemności w pokoju, mógł rozróżnić niektóre szczegóły urządzenia. Zwrócił uwagę zwłaszcza na wielki obraz, który wisiał na prawo od drzwi, i nachylił się do przodu, aby go lepiej widzieć. Przedstawiał on mężczyznę w todze sędziowskiej; siedział na wysokim tronowym krześle, którego złocenia w wielu miejscach połyskiwały na obrazie. Niezwykłe było to, że ten sędzia nie siedział tam spokojnie i z godnością, tylko lewą rękę silnie przyciskał do tylnej i bocznej poręczy, a prawe ramię miał zupełnie wolne i jedynie dłonią obejmował boczną poręcz, jakby chciał za chwilę zerwać się gwałtownym, pełnym może oburzenia ruchem, aby powiedzieć jakieś decydujące słowo lub może nawet ogłosić wyrok. Oskarżonego można sobie było wyobrazić u stóp schodów, których najwyższe, żółtym dywanem wysłane stopnie widać jeszcze było na obrazie.