- Kto to powiedział? - spytał K., czuł jej ciało na swojej piersi patrzył na jej bujne, ciemne, silnie skręcone włosy.
- Za wiele bym zdradziła, gdybym to powiedziała - odrzekła Leni. - Niech się pan nie wypytuje o nazwiska, tylko naprawi swój błąd, niech pan już nie będzie taki nieustępliwy, przed tym sądem nie można się przecież obronić, trzeba złożyć zeznanie. Niech pan złoży zeznanie przy najbliższej sposobności. Dopiero potem istnieje możliwość wymknięcia się, dopiero potem. Jednak nawet i to jest niemożliwe bez obcej pomocy, ale o tę pomoc nie potrzebuje się pan trapić, sama gotowa jestem udzielić jej panu.
- Pani się dobrze zna na tym sądzie i na kruczkach, które tu są konieczne - powiedział K. i podniósł ją, ponieważ zanadto na niego napierała, na kolana.
- Tak jest dobrze - powiedziała i usadowiła się wygodnie na jego kolanach, wygładziła spódnicę i obciągnęła bluzkę. Potem uwiesiła się obiema rękami na jego szyi, przechyliła się w tył i długo wpatrywała się w. niego.
- A jeśli nie złożę zeznania, to wtedy nie może mi pani pomóc? - spytał na próbę.
"Werbuję sobie pomocnice - pomyślał prawie zdumiony - najpierw panna Bürstner, potem żona woźnego sądowego, a wreszcie ta mała pielęgniarka, która ma na mnie jakąś niepojętą ochotę. Jak ona tu sobie siedzi na moich kolanach, jakby to było jedyne, dla niej stworzone miejsce!"