- Nie - odpowiedziała Leni i potrząsnęła powoli głową - wtedy nie mogę panu pomóc. Ale pan wcale nie pragnie mojej pomocy, nic panu na tym nie zależy, pan jest uparty i nie daje się przekonać.
- Czy ma pan kochankę? - spytała po chwili.
- Nie - rzekł K.
- Ejże, chyba jednak tak! - powiedziała.
- Tak, rzeczywiście - przyznał K. - i pomyśleć tylko, że wypieram się jej, a mam nawet jej fotografię przy sobie.
Na jej prośbę pokazał fotografię Elzy. Skulona na jego kolanach przyglądała się fotografii. Było to zdjęcie migawkowe, Elza była uchwycona w tańcu wirowym, który chętnie tańczyła w winiarni, spódnica latała jeszcze wokół niej łopocącą draperią, w jaką owinął ją obrót, ręce położyła na tęgich biodrach i z wyprężoną do tyłu szyją patrzyła w bok, śmiejąc się; dla kogo był przeznaczony ten uśmiech, nie można było rozpoznać z fotografii.
- Jest zbyt obciśnięta - powiedziała Leni i pokazała na miejsce, gdzie było to jej zdaniem widoczne. - Nie podoba mi się, jest niezgrabna i nieokrzesana. Ale może wobec pana jest łagodna i mila, tego można by domyślić się z fotografii. Takie duże, tęgie dziewczęta często po prostu nie umieją być inne. Ale czy umiałaby się dla pana poświęcić?
- Nie - powiedział K. - ona nie jest ani łagodna i miła, ani nie umiałaby się dla mnie poświęcić. Dotychczas też nie żądałem od niej ani jednego, ani drugiego. Nawet nie przyjrzałem się tak dokładnie fotografii, jak pani.