- Och! - zawołała natychmiast - pan mnie pocałował! - Spiesznie, z otwartymi ustami wdrapała się kolanami na jego kolana. K. przyglądał się jej prawie przestraszony; teraz, gdy była tak blisko, szedł od niej gorzki, podniecający zapach, podobny do zapachu pieprzu. Przytuliła jego głowę do siebie, przechyliła się nad nią i gryzła, całowała jego szyję, gryzła nawet jego włosy.
- Więc pan już jednak zrobił zamianę! - wołała od czasu do czasu - widzi pan, pan już zamienił ją na mnie!
Wtem pośliznęło się jej kolano, z piskiem zsunęła się prawie na dywan. K. objął ją, aby ją jeszcze zatrzymać, ale pociągnęła go za sobą.
- Teraz należysz do mnie - powiedziała.
- Tu masz klucz do mieszkania, przyjdź, kiedy chcesz - były to jej ostatnie słowa, i pocałunek, rzucony na oślep, trafił go już przy wyjściu w plecy.
Gdy wyszedł z bramy domu, padał drobny deszcz, chciał zejść na środek ulicy, aby móc może jeszcze zobaczyć Leni w oknie, gdy z automobilu, który czekał przed domem i którego K. w roztargnieniu wcale nie zauważył, wypadł wuj, chwycił go za ramiona i przycisnął do bramy, jakby go tam chciał przygwoździć.
- Chłopcze - zawołał - jak mogłeś to zrobić! Strasznie zaszkodziłeś swojej sprawie, a była już na dobrej drodze. Przepadasz gdzieś z tym małym zepsutym stworzeniem, które ponadto jest widocznie kochanką adwokata, i znikasz na cale godziny. Nawet nie szukasz pretekstu, nic nie ukrywasz, nie, działasz całkiem otwarcie, pędzisz do niej i u niej zostajesz. Tymczasem my tu siedzimy, twój wuj, który się dla ciebie trudzi, adwokat, którego mamy dla ciebie pozyskać, a przede wszystkim dyrektor kancelarii, ten wielki pan, który po prostu trzyma w ręku twoją sprawę w jej obecnym stadium. Chcemy uradzić, jak ci pomóc, ja z mojej strony muszę ostrożnie obchodzić się z adwokatem, ten znowu z dyrektorem, a ty miałbyś chyba wszelkie powody przynajmniej mi pomóc. Zamiast tego ulatniasz się. W końcu nie daje się to zataić, ale są to grzeczni i obyci ludzie, nie mówią o tym, oszczędzają mnie, wreszcie i oni już nie mogą się opanować, a ponieważ nie mogą mówić o tej sprawie, milkną. Siedzieliśmy długo w milczeniu i nasłuchiwaliśmy, czy wreszcie nie wracasz, ale na próżno. Wreszcie dyrektor, który pozostał o wiele dłużej, niż zamierzał pierwotnie, wstaje, żegna się, najwidoczniej współczuje mi, że nie może mi pomóc, czeka w swej niesłychanej uprzejmości jeszcze czas jakiś przy drzwiach, potem odchodzi. Ja byłem naturalnie szczęśliwy, że poszedł, wprost brakło mi już tchu. Na chorego adwokata podziałało to wszystko jeszcze mocniej, ten dobry człowiek nie mógł prawie mówić, gdy się z nim żegnałem. Prawdopodobnie przyczyniłeś się do jego zupełnego załamania i przyśpieszasz w ten sposób śmierć człowieka, na którego jesteś zdany. A mnie, twemu wujowi, pozwalasz dręczyć się i czekać tu całymi godzinami na deszczu, dotnij tylko jaki jestem przemoczony.