- Jeszcze tu jesteś? - pytał adwokat skończywszy pić herbatę.
- Chciałam zabrać filiżankę - odpowiadała Leni, następował ostatni uścisk ręki, adwokat ocierał sobie usta i z nową siłą zaczynał K. przekonywać. Co chciał adwokat w nim wzbudzić - pociechę czy rozpacz, K. nie wiedział; tak czy owak uważał za pewne, że jego obrona nie była w dobrych rękach. Może i było prawdą wszystko, co opowiadał adwokat, jakkolwiek widać było wyraźnie, że wysuwał swoje zasługi na pierwszy plan i prawdopodobnie nigdy jeszcze nie prowadził tak wielkiego procesu, za jaki K. swój własny uważał. Podejrzane mu były nieustannie podkreślane stosunki osobiste adwokata z urzędnikami. Czy zawsze wyzyskiwane one były wyłącznie na jego korzyść- Adwokat nigdy nie zapominał dodawać, że chodziło tu o urzędników niższej kategorii, urzędników zatem na bardzo zależnym stanowisku, dla których kariery pewne zwroty w procesie mogły być nie bez znaczenia. Czy nie wykorzystywali oni adwokata w tym celu, ażeby osiągnąć w procesie takie właśnie zwroty, dla oskarżonego zawsze oczywiście niepomyślne? Może nie czynili tego w każdym procesie, było to nieprawdopodobne, bywały też pewnie procesy, w których przebiegu czynili adwokatowi za jego usługi pewne korzystne ustępstwa, gdyż musiało im także zależeć na tym, by nie narażać jego opinii. Jeśli tak się rzeczy miały, w jakim sensie zamierzali oddziałać na bieg procesu K., procesu, który jak oświadczył adwokat, był bardzo trudny i ważny i od samego początku śledzony przez sąd z wielką uwagą - Nie mogło być wątpliwości, co uczynią. Pewne oznaki były już widoczne w tym, że pierwszy wniosek wciąż jeszcze nie był przekazany, choć proces trwał już od miesięcy, i że wszystko wedle informacji adwokata znajdowało się w stadium początkowym, co oczywiście przyczyniało się w sam raz do tego, by oskarżonego uśpić i utrzymać w bezradności, aby go potem nagle zaskoczyć decyzją albo przynajmniej zawiadomieniem, że wyniki niekorzystnie dlań zakończonych dochodzeń przekazane zostały wyższym instancjom. Było bezwzględnie konieczną rzeczą, by K. interweniował osobiście. Właśnie w stanie wielkiego znużenia, jak tego zimowego przedpołudnia, kiedy myśli bezwolnie krążyły mu przez głowę, przekonanie to stawało się coraz bardziej nieodparte. Pogarda, jaką przedtem żywił dla procesu, znikła bez śladu. Gdyby był sam na świecie, mógłby łatwo zlekceważyć proces, choć pewne było, że w tym wypadku nie byłoby w ogóle do procesu doszło. Teraz jednak wuj zaprowadził go już do adwokata, przemówiły względy familijne; jego pozycja nie była już całkiem niezależna od przebiegu procesu, on sam z niewytłumaczoną satysfakcją uczynił wobec znajomych pewne wzmianki o procesie, inni dowiedzieli się o tym w nieznany sposób, stosunek do panny Bürstner wahał się w zależności od faz procesu - słowem, nie było już wyboru: przyjąć albo odrzucić proces, stal w nim po uszy i musiał się bronić. Źle, jeśli go teraz właśnie siły opuszczały.

  WQZQGGM WQYBPVM WQKPYJM WJXJKBM WJGQPGM