Do przesadnej troski nie było bądź co bądź na razie powodu. W krótkim stosunkowo czasie potrafił K. wzbić się w banku na swoje wysokie stanowisko i utrzymać się na nim ku powszechnemu uznaniu. Teraz należało tylko zdolności, które, mu to umożliwiły, oddać choć trochę na usługi procesu, a nie było wątpliwości, że wszystko musi się dobrze skończyć. Przede wszystkim, jeśli miał cokolwiek osiągnąć, należało wszelką myśl o winie z góry odrzucić. Winy nie było. Proces nie był niczym innym aniżeli wielkim interesem, interesem z gatunku tych, jakie K. nieraz już z korzyścią dla banku ubijał, interesem, w obrębie którego czatowały z reguły różne niebezpieczeństwa, i te niebezpieczeństwa należało właśnie odeprzeć. W tym jednak celu nie wolno było igrać z myślą o jakiejś winie, tylko z całą stanowczością należało trzymać się myśli o własnej korzyści. Z tego punktu widzenia stawało się rzeczą nieuniknioną odebrać adwokatowi pełnomocnictwo możliwie prędko, najlepiej jeszcze tego wieczora. Było to wprawdzie, według opowiadań adwokata, czymś niesłychanym i prawdopodobnie obraźliwym, ale K. nie mógł dopuścić, by jego wysiłki w procesie napotykały na przeszkody, spowodowane, być może, przez własnego adwokata. Z chwilą uwolnienia się od adwokata należało wystąpić natychmiast z wnioskiem i o ile możności, codziennie napierać, aby się nim zajęto. W tym celu nie wystarczało, by K. jak inni siadał w korytarzu kładł kapelusz pod ławkę. On sam albo kobiety, albo inni posłańcy musieli dzień w dzień nachodzić urzędników i zmuszać ich, by zamiast przez kratę patrzeć na korytarz, zasiedli do swoich stołów i studiowali jego podanie. Tych starań nie można było ani na chwilę zaniechać, wszystko trzeba było zorganizować, wszystkiego dopilnować, niechby sąd natknął się raz na oskarżonego, który umiał dochodzić swojego prawa.