- Pan ma proces, prawda?
K. cofnął się i zawołał natychmiast:
- Wicedyrektor to panu powiedział!
- Ależ nie - rzekł fabrykant. - Skądżeby wicedyrektor miał o tym wiedzieć?
- A pan? - spytał K. już bardziej opanowany.
- Tu i ówdzie dochodzą mnie czasem wiadomości z sądu - odpowiedział fabrykant. - Tyczy się to również sprawy, o której chcę panu donieść.
- Tylu ludzi ma stosunki z sądem! - rzekł K. opuściwszy głowę i poprowadził fabrykanta do biurka. Usiedli znowu jak przedtem i fabrykant odezwał się:
- Niestety niewiele tylko mogę panu donieść. Ale w tych sprawach nie należy nawet najmniejszej drobnostki zaniedbać. Ponadto czułem potrzebę- przyjść panu z jakąś pomocą, choćby najskromniejszą. Przecież doskonale zgadzaliśmy się dotychczas w interesach, nieprawdaż? No, właśnie.
K. chciał się usprawiedliwić z powodu swego zachowania w ciągu dzisiejszej konferencji, ale fabrykant nie dał sobie przerwać, przycisnął silniej teczkę pod pachą na znak, że się śpieszy, i ciągnął dalej:
- O pańskim procesie wiem od niejakiego Titorellego. Jest to malarz, Titorelli to tylko jego pseudonim, jego prawdziwego nazwiska nie znam nawet. Już od lat zachodzi on od czasu do czasu do mego biura i przynosi małe obrazki, za które jest on prawie żebrakiem - wręczam mu zawsze coś w rodzaju jałmużny. Zresztą są to ładne obrazki, krajobrazy przedstawiające łąki i podobne ,motywy. Te transakcje - obaj jużeśmy do nich przywykli - odbywały się całkiem gładko. Raz jednak, gdy te wizyty stały się za częste, robiłem mu wyrzuty, zaczęliśmy rozmawiać, byłem ciekaw, w jaki sposób potrafi on utrzymać się jedynie z malarstwa, i ku memu zdziwieniu dowiedziałem się, że jego głównym źródłem dochodów jest malowanie portretów. Opowiadał mi, że pracuje dla sądu. - Dla jakiego sądu? - zapytałem. Zaczął mi więc opowiadać o sądzie. Pan sobie najlepiej może wyobrazić, jak zdziwiony byłem tymi opowiadaniami. Odtąd dowiaduję się przy każdej jego wizycie nowin z sądu i uzyskuję w ten sposób stopniowo coraz lepszy wgląd w te rzeczy. Zresztą jest on gadatliwy i muszę go nieraz hamować, nie tylko dlatego, że z pewnością czasem kłamie, lecz przede wszystkim dlatego, że człowiek jak ja, uginający się prawie od ciężarów własnych trosk i interesów, nie może się zbytnio zajmować obcymi sprawami. Ale to tylko mimochodem. Może, myślałem sobie, będzie panu Titorelli w czymś pomocny, zna on wielu sędziów, a choć nie ma sam wielkiego wpływu, mógłby jednak udzielić panu rad, w jaki sposób dotrzeć do rozmaitych wpływowych ludzi. A gdyby nawet te rady same w sobie nie miały decydującego znaczenia, w pańskich rękach okażą się, jak sądzę, nader cenne. Jest pan przecież prawie adwokatem. Zawsze mówię: Prokurent K. to prawie adwokat. O, nie mam obaw co do pańskiego procesu. Mimo to pójdzie pan jednak do Titorellego - Na moje polecenie zrobi na pewno wszystko, co może. Myślę, że powinien pan rzeczywiście pójść. Nic musi to być dzisiaj - może kiedyś, przy sposobności. W każdym razie, chcę jeszcze panu powiedzieć, przez to, że daję panu tę radę, nie jest pan bynajmniej zobowiązany udawać się do Titorellego. Wcale nie. Jeśli pan może się obejść bez niego, to z pewnością lepiej by było go uniknąć. Może ma pan już dokładny plan działania, a on mógłby panu go zepsuć. Nie, w takim razie niech pan żadną miarą doń nie idzie! Bądź co bądź wymaga to przezwyciężenia - przyjmować rady od takiej kreatury. Więc jak pan chce. Tu ma pan list polecający, a tu adres.