Rozczarowany, wziął K. list i włożył go do kieszeni. Nawet w najlepszym razie korzyść, którą mu polecenie przynieść mogło, była - Panie prokurencie - rzekł już jeden z nich, ale K. kazał woźnemu przynieść palto zimowe i wdziewając je przy jego pomocy, zwrócił się do całej trójki:
- Wybaczcie, panowie, nie mam chwilowo niestety czasu przyjąć panów. Proszę panów bardzo o wybaczenie, ale mam do załatwienia pilny interes na mieście i muszę natychmiast odejść. Widzieli panowie sami, jak długo mnie właśnie zatrzymano. Czy nie zechcieliby panowie przyjść łaskawie jutro lub kiedykolwiek indziej- A może omówimy te sprawy telefonicznie? Albo może powiedzą mi teraz panowie pokrótce, o co chodzi, a ja udzielę panom dokładnej odpowiedzi na piśmie. Najlepiej byłoby, gdyby panowie przyszli innym razem.
Te propozycje wprawiły panów, którzy tak zupełnie nadaremnie czekali, w takie zdumienie, że bez słowa spoglądali na siebie.
- Więc zgoda? - spytał K. oglądając się za woźnym, który przyniósł mu również kapelusz.
Przez otwarte drzwi widać było, jak śnieżyca na dworze gwałtownie się wzmogła. K. postawił więc wysoko kołnierz płaszcza i zapiął go pod samą szyję.
Wówczas wyszedł właśnie z przyległego pokoju wicedyrektor, popatrzył z uśmiechem na K. rozmawiającego w płaszczu z klientami i zapytał: