- Pan odchodzi teraz, panie prokurencie?
- Tak jest - rzekł K. prostując się - mam interes na mieście.
Ale wicedyrektor już zwrócił się do panów.
- A panowie - pytał - czekają już, zdaje mi się długo.
- Jużeśmy się porozumieli - rzekł K.
Teraz jednak nie dali się już panowie dłużej powstrzymać, otoczyli K. i oświadczyli, że nie byliby godzinami czekali, gdyby ich sprawy nie były ważne i nie musiały być natychmiast, i to szczegółowo, w cztery oczy omówione. Wicedyrektor przysłuchiwał się im chwilę, przypatrując się również odchodzącemu K., który trzymał kapelusz w ręku i strzepywał z niego tu i ówdzie jakiś pyłek, i rzekł potem:
- Moi panowie, jest łatwe wyjście, jeżeli ja panom wystarczę, chętnie zajmę się tą sprawą zamiast pana prokurenta. Sprawy panów muszą być naturalnie natychmiast omówione, jesteśmy, tak jak i panowie, ludźmi interesu i umiemy czas cenić. Czy zechcą panowie wejść? - I otworzył drzwi do przedpokoju swego gabinetu.
Jakże umiał wicedyrektor wszystko sobie przywłaszczyć, czego K. musiał z konieczności się wyrzec. Czy jednak K. nie za prędko rezygnował z rzeczy, co do których nie zachodziła konieczność wyrzeczenia się? Podczas gdy z nieokreśloną i jak sam musiał przyznać, znikomą nadzieją biegł do jakiegoś nieznanego malarza, doznawało jego stanowisko tutaj niepowetowanej szkody. Na pewno byłoby o wiele lepiej zdjąć palto i odzyskać dla siebie przynajmniej tych dwóch
panów, którzy przecież jeszcze musieli czekać. K. byłby może spróbował to zrobić, gdyby nagle nie spostrzegł w swoim pokoju wicedyrektora szukającego, jak gdyby był u siebie, czegoś na półce z książkami. Gdy K. zirytowany tym zbliżał się do drzwi, zawołał on:
- Ach, pan jeszcze nie odszedł! - zwrócił ku niemu swą twarz, której liczne głębokie zmarszczki zdawały się świadczyć raczej o sile niż o starości, i zaczął natychmiast dalej szukać. - Szukam odpisu umowy, który, jak twierdzi przedstawiciel firmy, znajduje się podobno u pana. Czy nie pomoże mi pan go znaleźć? - K. zrobił krok naprzód, ale wicedyrektor rzekł: