- Pan jest tu na służbie? - spytał K.
- Nie - odpowiedział człowieczek - jestem tu obcy, adwokat jest moim obrońcą, jestem tu w pewnej sprawie sądowej.
- Bez surduta? - spytał K. i wskazał ruchem ręki na jego niekompletny strój.
- Ach, przepraszam - rzekł ów człowiek i przyjrzał się sobie w świetle świecy, jakby dopiero teraz po raz pierwszy zobaczył swój stan.
- Leni jest pana kochanką? - spytał krótko K. Rozkraczył nogi, ręce, w których trzymał kapelusz, splótł z tyłu. Już przez posiadanie solidnego palta odczuwał swoją bezsprzeczną wyższość nad chudym, małym człowieczkiem.
- O Boże - powiedział tamten i zasłonił jedną ręką twarz w geście trwożnej obrony - nie, nie, co też panu na myśl przychodzi?
- Pan wygląda na człowieka prawdomównego - powiedział z uśmiechem K. - mimo to chodź pan ze mną. - Skinął na niego kapeluszem i puścił go przed sobą.
- Jak się pan nazywa? - spytał po drodze.
- Block, kupiec Block - powiedział człowieczek i przedstawiwszy się tak odwrócił się do K., ale ten mu nie pozwolił przystanąć.
- Czy to prawdziwe pana nazwisko? - spytał K.
- Pewnie - brzmiała odpowiedź - dlaczego wątpi pan o tym?
- Myślałem, że może pan mieć powód do zatajenia nazwiska - powiedział K. Czuł się tak swobodny, jak to zwykle bywa, gdy z dala od stron rodzinnych rozmawia się z ludźmi niższej kondycji. Wszystko, co osobiście człowieka dotyczy, zamyka się wówczas w sobie i tylko obojętnie mówi się o sprawach drugich, przez co wywyższa się ich we własnym mniemaniu, ale też, jeśli przyjdzie ochota, poniża. Przy drzwiach do gabinetu adwokata przystanął, otworzył je i zawołał na kupca, który posłusznie szedł dalej.