- Gdy zje zupę, natychmiast cię zamelduję, abym o ile możności miała cię znów prędko dla siebie.
- Idź już - powiedział K. - idź już.
- Mógłbyś być grzeczniejszy - rzekła i odwróciła się raz jeszcze we drzwiach.
K. patrzył za nią; teraz już stanowczo postanowił sobie odprawić adwokata, lepiej się też może stało, że nie mógł przedtem mówić o tym z Leni; wątpliwe, czy miała dostateczny pogląd na całość sprawy, na pewno by odradzała, nie było wykluczone, że rzeczywiście wstrzymałaby tym razem K. od wypowiedzenia, przez co nadal pozostawałby w niepewności i niepokoju, a w końcu po jakimś czasie mimo to przeprowadziłby swoje postanowienie, narzucające się zbyt nieodparcie. "Im wcześniej przeprowadzę tę decyzję, tym łatwiej zapobiegnę szkodzie" - myślał. Może zresztą kupiec mógł o tym coś powiedzieć.
K. odwrócił się ku niemu; ledwie to kupiec spostrzegł, chciał natychmiast powstać.
- Niech pan siedzi - powiedział K. i przysunął doń krzesło. - Pan już jest od dawna klientem adwokata? - spytał.
- Tak - powiedział kupiec - jestem bardzo starym klientem.
- Ile już lat broni on pana? - spytał K.
- Nie wiem, jak pan to rozumie - powiedział kupiec - w handlowych sprawach prawnych - mam skład zboża - zastępuje mnie adwokat, już odkąd objąłem przedsiębiorstwo, a więc od dwudziestu lat mniej więcej; w moim własnym procesie, o który panu prawdopodobnie chodzi, broni mnie także od początku, dłużej już niż pięć lat. Tak, o wiele dłużej niż pięć - dodał i wyjął stary portfel. - Tu mam wszystko zapisane, jeśli pan chce, podam panu dokładne daty. Trudno to wszystko spamiętać. Mój proces trwa, zdaje się, już o wiele dłużej, zaczął się zaraz po śmierci mojej żony, a to już więcej niż pięć i pół lat. K. przysunął się bliżej do niego.

  WQGQVVM WQQXVKM WQXZPKM WJJKPYM WQBVXXM