- Moje usta? - spytał K., wyjął lusterko kieszonkowe i przyglądał się sobie. - Nie mogę poznać nic nadzwyczajnego z moich ust. A pan?
- Ja także nie - powiedział kupiec - nic zupełnie.
- Jakże przesądni są ci ludzie! - wykrzyknął K.
- Czy nie mówiłem tego? - pytał kupiec.
- Czy tak wiele ze sobą przestają i dzielą się swoimi poglądami- - spytał K. - Co do mnie, dotychczas trzymałem się całkiem na uboczu.
- Na ogół nie przestają ze sobą - rzekł kupiec - to jest niemożliwe, jest ich przecie i tak wielu. Mało też mają wspólnych interesów. Gdy już raz w jakiejś grupie wytworzy się przekonanie o istnieniu wspólnego celu, to wkrótce okazuje się ono pomyłką. Wspólnie nie można nic wskórać przeciw sądowi. Każdy wypadek bywa badany sam w sobie, to jest przecież najsumienniejszy sąd. Wspólnie tedy nic nie da się przeprowadzić, tylko odosobnione jednostki nieraz uzyskują coś potajemnie i dopiero potem, gdy to już osiągnięto, dowiadują się o tym inni: nikt nie wie, jak to się stało. Nie ma zatem żadnej wspólnoty. Wprawdzie stykamy się tu i ówdzie w poczekalniach, ale tam mało się dyskutuje. Przesądne zapatrywania utrzymują się już od dawien dawna i rozmnażają się wprost same z siebie.
- Widziałem tych panów tam w poczekalni - powiedział K. - ich czekanie wydało mi się takie bezcelowe.