- Do katedry? - spytała Leni.
- No tak, do katedry.
- Dlaczego do katedry? - spytała.
K. starał się krótko jej to wytłumaczyć, ale ledwie rozpoczął, powiedziała Leni nagle:
- Ach, jak oni cię szczują.
K. nie mógł znieść litości, której nie zamierzał wywołać i nie oczekiwał, pożegnał się lakonicznie, ale mimo to wieszając słuchawkę powiedział na pół do siebie, na pół do dalekiej dziewczyny, która go już usłyszeć nie mogła:
- Tak, oni mię szczują.
Ale było już późno, zachodziła prawie obawa, że nie przyjdzie na czas. Pojechał tam automobilem, w ostatnim momencie przypomniał sobie jeszcze o albumie, którego wcześniej nie miał sposobności wręczyć i który dlatego wziął teraz ze sobą. Trzymał go na kolanach i przez całą drogę bębnił na nim niespokojnie. Deszcz ustawał, ale było wilgotno, chłodno i ciemno, w katedrze, przewidywał, zobaczy się stawali przy drzwiach i nie odchodzili, aż ich K. nie wysłuchał.
Zastępca dyrektora nie omieszkał przeszkadzać, wchodził kilka razy, brał mu słownik z ręki i kartkował w nim całkiem, jak było widać, bezmyślnie. Nawet strony wynurzały się z półmroku przedpokoju, gdy drzwi się otwierały, i kłaniały się z wahaniem - chciały zwrócić na siebie uwagę, ale nie były pewne, czy je zauważono - to wszystko krążyło wokół K. jak dokoła swego centrum, gdy on tymczasem zestawiał słówka, których potrzebował, potem szukał w słowniku, potem wypisywał znaczenie, potem ćwiczył się w ich wymowie i ostatecznie próbował wyuczyć się na pamięć. Lecz jego tak niegdyś dobra pamięć teraz jakby całkiem zawodziła, niekiedy ogarniała go taka wściekłość na Włocha, który spowodował ten wysiłek, że rzucał słownik między papiery z silnym postanowieniem skończenia z tymi preparacjami, ale potem rozumiał, że przecież nie może w milczeniu chodzić z Włochem po katedrze i jak niemowa stać przed dziełami sztuki, i z jeszcze większą wściekłością wyjmował słownik z powrotem. Właśnie o pół do dziesiątej, gdy chciał odejść, odezwał się telefon: