- Czyż nie widzisz nic na dwa kroki od siebie?
Krzyknął to w gniewie, ale równocześnie jak ktoś, kto widzi czyjś upadek, a ponieważ sam się przestraszył, nieostrożnie, mimo woli podnosi krzyk.
Obaj długo milczeli. W ciemności, jaka na dole panowała, na pewno nie mógł ksiądz dokładnie rozpoznać K., gdy tymczasem K. widział księdza w świetle malej lampki wyraźnie. Dlaczego ksiądz nie schodził? Kazania przecież nie wygłosił, udzielił K. tylko kilku wiadomości, które mogły mu, gdyby ich dokładnie przestrzegał, prawdopodobnie więcej zaszkodzić niż pomóc. A jednak dobry niewątpliwie zamiar księdza był widoczny, nie było wykluczone, że zgodzi się z nim, gdy zejdzie, nie było wykluczone, że da mu decydującą i możliwą do przyjęcia radę, że mu, na przykład, pokaże, może nie jak wpłynąć na proces, ale jak się od niego wyłamać, jak go obejść, jak żyć poza procesem. Ta możliwość musiała istnieć. K. w ostatnich czasach często o niej myślał. Jeśli ksiądz jednak znał taką możliwość, może mógłby mu ją, gdyby o to prosił, zdradzić, mimo że sam należał do sądu i mimo że gdy K. zaatakował sąd, przezwyciężył swoją łagodną naturę i nawet na K. krzyknął.
- Czy nie chcesz zejść? - spytał K. - Kazania przecież nie będzie. Zejdź do mnie.