- Z tym zapatrywaniem nie godzi się - rzekł K. potrząsając głową - gdyż jeśli na nie przystać, trzeba wszystko, co odźwierny mówi, uważać za prawdę. A że to jest niemożliwe, sam przecież dokładnie uzasadniłeś.
- Nie - powiedział duchowny - nie trzeba wszystkiego uważać za prawdę, trzeba to tylko uważać za konieczne.
- Smutne zapatrywanie - rzekł K. - Z kłamstwa robi się istotę porządku świata. K. powiedział to kończąc dysputę, ale nie było to jego ostateczne przekonanie. Był zanadto zmęczony, aby móc ogarnąć wszystkie wnioski tej opowieści, w niezwykły też tok myśli go wprowadziła, w nierzeczywiste sprawy, bardziej nadające się do roztrząsania dla urzędników sądowych niż dla niego. Prosta opowieść przybrała spotworniałą postać, chciał się z niej otrząsnąć, a ksiądz, który okazywał teraz wiele delikatnego uczucia, zniósł to i przyjął w milczeniu uwagę K., mimo że na pewno nie zgadzała się z jego własnym zapatrywaniem. Czas jakiś szli w milczeniu, K. trzymał się bardzo blisko księdza, nie widząc w ciemności, gdzie się znajduje. Lampa w jego ręku dawno zgasła. Raz zabłysnął wprost przed nim srebrny posąg jakiegoś świętego i zaraz zgasł w ciemności. Aby nie być zupełnie zdanym na księdza, spytał go K.: