- Dziękuję, wierzę - rzekł K., podszedł jednak do otwartych drzwi.
Księżyc oświecał ciemny pokój cichym światłem. O ile można było widzieć, wszystko rzeczywiście było na swoim miejscu, nawet bluzka nie wisiała już na klamce okna. Dziwnie wysokie wydawały się poduszki na łóżku, leżały częściowo w poświacie księżyca.
- Panna Bürstner przychodzi często późno do domu - rzekł K.
i popatrzył na panią Grubach, jak gdyby ona za to ponosiła odpowiedzialność.
- Jak to zazwyczaj młodzi ludzie - odrzekła usprawiedliwiająco pani Grubach.
- Pewnie, pewnie - rzekł K. - ale można przebrać miarę.
- Można - odpowiedziała pani Grubach - jak bardzo ma pan rację! Może nawet w tym wypadku. Nie chcę oczerniać panny Bürstner, jest to dobra, miła dziewczyna, uprzejma, staranna, punktualna, pracowita, wszystko to bardzo cenię, ale powinna być naprawdę dumniejsza i bardziej nieprzystępna. Już dwa razy widzia-
łam ją w tym miesiącu na odległych ulicach i za każdym razem z jakimś innym mężczyzną. Strasznie mi nieprzyjemnie, ale dalibóg, mówię to tylko panu, inna rzecz, że będę jednak zmuszona pomówić o tym i z samą panną Bürstner. Zresztą, nie tylko to stawia mi ją w podejrzanym świetle.
- Pani jest na całkiem fałszywej drodze - rzekł K.. wściekły