- Szkoda - rzekł zastępca dyrektora i podjął rozmowę telefoniczną, którą właśnie oznajmiono. Nie była to krótka rozmowa, lecz K. w swoim roztargnieniu stał przez cały czas przy aparacie. Dopiero gdy wicedyrektor skończył, przestraszył się i rzekł, aby choć trochę usprawiedliwić swoją zbyteczną obecność:
- Właśnie telefonowano mi, abym przyszedł gdzieś, lecz zapomniano powiedzieć mi, o której godzinie.
- Proszę więc jeszcze raz zapytać - rzekł wicedyrektor.
- To nie jest takie ważne - zauważył K., przez co jego poprzednie, i tak już samo przez się niedostateczne, usprawiedliwienie wypadło jeszcze gorzej. Odchodząc zastępca dyrektora mówił jeszcze o innych sprawach. K. zmuszał się do odpowiedzi, ale głównie myślał o tym, że. najlepiej będzie pójść tam w niedzielę o dziewiątej przed południem, bo o tej godzinie wszystkie sądy rozpoczynają w dnie robocze swoją pracę.
Niedziela była pochmurna. K. wstał zmęczony, ponieważ z powodu jakiejś fety przesiedział do późna w nocy przy swoim stole w piwiarni, i o mało co byłby zaspał. Szybko, nie mając czasu zastanowić się i powiązać w jedną całość rozmaitych pomysłów, które lnu przyszły do głowy w ciągu tygodnia, ubrał się i bez śniadania pobiegł na wskazane mu przedmieście. Dziwnym trafem zauważył po drodze, choć mało miał czasu na rozglądanie się, trzech wplątanych w jego sprawę urzędników, Rabensteinera, Kullicha i Kaminera.

  WJVJVPM WQZKJGM WJXVYKM WQGPKYM WJQQGPM