Lewa połowa sali zachowywała się jeszcze wciąż cicho; ludzie stali tam rzędami, podnosili głowy ku podium i słuchali równie spokojnie wymiany słów, jak wrzasku drugiej strony, dopuszczali nawet, by niektórzy z ich szeregów solidaryzowali się tu i ówdzie z tamtą stroną. Ludzie lewej partii sądowej, która zresztą była mniej liczna, byli może w gruncie równie mało ważni jak tamci, ale ich spokojne zachowanie się nadawało im pozory większego autorytetu. Gdy K. zaczął teraz mówić, przekonany był, że mówi po ich myśli.
- Pańskie pytanie, panie sędzio śledczy, czy jestem malarzem pokojowym - zresztą pan mnie nawet o to nie pytał, tylko wprost mi to narzucił - jest charakterystyczne dla całego sposobu postępowania, które zostało przeciwko mnie wdrożone. Pan może na to powiedzieć, że to w ogóle nie jest dochodzenie, pan ma rację, bo to będzie postępowaniem sądowym tylko wtedy, jeśli uznam je jako takie. Ale ja je uznaję, przynajmniej w tej chwili, do pewnego stopnia z litości. Trudno się do niego odnosić inaczej niż z pobłażaniem, jeśli w ogóle chce się je brać pod uwagę. Nie mówię, że to jest łajdackie postępowanie, ale chciałbym poddać to określenie własnej pańskiej ocenie.
K. przerwał i spojrzał na salę. To, co powiedział, powiedział ostro, ostrzej, niż zamierzał, a jednak słusznie. Zasłużył chyba na poklask, ale wszędzie była cisza, czekano widocznie w napięciu na ciąg dalszy, może w ciszy przygotowywał się wybuch, który wszystkiemu położy kres. Lecz cisza została zakłócona, gdy na końcu sali otwarły się drzwi i weszła młoda praczka, która widocznie ukończyła już swoją robotę i mimo wszelkiej ostrożności, z jaką się poruszała, ściągnęła na siebie natychmiast kilka spojrzeń. Jedynie zachowanie się sędziego śledczego sprawiło K. radość, gdyż wydawał się on jak rażony jego słowami.

  WJXBXVM WQJJQQM WJKXPKM WQVGGXM WJQBVYM