Jakiś wrzask z końca sali przerwał mowę. K. osłonił oczy dłonią, by widzieć dokładniej, gdyż w mętnym świetle dziennym dym zbielał i raził oczy. Chodziło o praczkę, w której od pierwszej chwili jej ukazania się widział istotną przyczynę zamieszania. Czy była teraz winna, czy nie, nie można było rozpoznać. K. zauważył tylko, jak jakiś mężczyzna ciągnął ją w kąt koło drzwi i tam ją przyciskał do siebie. Ale nic ona krzyczała, tylko mężczyzna miał usta szeroko rozwarte i patrzył na sufit. Wkoło obojga utworzyło się małe koło, widzowie z galerii w pobliżu zajścia zdawali się być zachwyceni, że w ten sposób przerwano poważny nastrój, który K. wprowadził w zebranie. Pod wpływem pierwszego wrażenia chciał K. natychmiast tam pobiec, myślał również, że wszystkim na tym zależy, by zrobić porządek i wyprosić tę parę z sali, lecz pierwsze rzędy przed nim stały zwarte, nikt się nie ruszył i nikt go nie przepuścił. Przeciwnie, przeszkadzano mu, starsi panowie zastawili mu drogę ramieniem, a jakaś ręka - nie miał czasu się obejrzeć - chwyciła go z tyłu za kołnierz. K. nie myślał już o owej parze, miał wrażenie, jak gdyby jego wolność była zagrożona, jak gdyby traktowano poważnie jego aresztowanie, i zeskoczył, nic zważając na nic, z podium. Teraz stanął oko w oko z tłumem. Czy nie ocenił trafnie tych ludzi? Czy nie za wiele przypisywał działaniu swej mowy? Czyżby maskowali się w czasie jego przemówienia, a teraz, gdy nadszedł do końcowych wniosków, mieli dość udawania? Co za twarze wokół! Małe, czarne oczka latały tu i tam, policzki zwisały jak u pijaków, długie brody były sztywne i rzadkie, ale gdy się w nie zanurzało ręce, garście pozostawały puste.

  WQZPBJM WJKBJBM WQJKZBM WJJJBVM WQGQBYM