Pod brodami jednak - oto było właściwe odkrycie, które zrobił K. - błyszczały na kołnierzach odznaki różnej wielkości i barwy. Gdzie tylko okiem sięgnąć, wszyscy mieli te same odznaki. Te pozorne partie sądowe z prawej i lewej strony tworzyły jedno ciało, a gdy się raptownie odwrócił, zobaczył te same odznaki na kołnierzu sędziego śledczego, który z rękami w kieszeni spokojnie patrzał na salę.
- Więc to tak! - zawołał K. i wyrzucił ramiona w górę, jak gdyby nagłe poznanie prawdy wymagało przestrzeni. - Przecież wy wszyscy jesteście, jak widzę, urzędnikami, jesteście tą przekupną bandą, przeciwko której wystąpiłem, stłoczyliście się tutaj jako gapie i szpicle, utworzyliście pozorne partie, z których jedna oklaskiwała mnie, aby mnie wybadać, chcieliście nauczyć się sztuki zwodzenia niewinnych! Nie straciliście tu zaprawdę czasu bezużytecznie: albo ubawiliście się tym, że ktoś oczekiwał od was obrony niewinności, albo - ale puść mnie, lub biję! - krzyknął do trzęsącego się starca, który napierał na niego szczególnie blisko - albo rzeczywiście nauczyliście się czegoś. A teraz życzę wam szczęścia w waszym rzemiośle.
Włożył prędko kapelusz, który leżał na brzegu stołu, i pchał się do wyjścia wśród ogólnej ciszy, ciszy bezgranicznego zdumienia. Sędzia śledczy okazał się jednak jeszcze szybszy niż K., gdyż oczekiwał go przy drzwiach.
- Przepraszam - rzekł. K. zatrzymał się, ale nie patrzył na sędziego, tylko na drzwi, których klamkę już chwycił. - Chciałem tylko zwrócić panu uwagę - rzekł sędzia śledczy - na okoliczność, z której pan jeszcze nie zdołał sobie zdać sprawy, mianowicie, że pozbawił się pan dzisiaj korzyści, jaką stanowi zawsze przesłuchanie dla aresztowanego.
K. roześmiał się już w drzwiach.
- Wy, łajdacy, daruję wam wszystkie wasze przesłuchania! -zawołał, otworzył drzwi i zbiegł pośpiesznie ze schodów.
Za nim podniósł się gwar na nowo ożywionego zgromadzenia, które zaczęło roztrząsać minione wypadki na podobieństwo dyskutujących na seminarium studentów.