- Nie powinno się go było puszczać na wolną stopę - rzekł student, jakby chciał wytłumaczyć kobiecie obrażającą wypowiedź K. - Był to błąd. Powiedziałem to sędziemu śledczemu. Trzeba było przynajmniej potrzymać go w areszcie w jego pokoju między jednym a drugim przesłuchaniem. Sędziego śledczego trudno czasami zrozumieć.
- Szkoda gadania - rzekł K. i wyciągnął rękę po kobietę - chodźmy.
- Ach, tak - rzekł student - nie, nie dostanie jej pan - i z siłą, której by w nim nie podejrzewał, podniósł ja na jedno ramię i zgarbiwszy się nieco, czule patrząc jej w twarz biegł do drzwi. Nie mogąc ukryć pewnej obawy przed K., miał jednak odwagę drażnić go w ten sposób, że wolną ręką głaskał i przyciskał ramię kobiety. K. biegł obok niego kilka kroków, gotów go pochwycić i w razie potrzeby zdusić, gdy kobieta rzekła:
- To daremne, sędzia śledczy przysyła po mnie, nie mogę pójść z panem, ten mały potwór - pogłaskała przy tym studenta po twarzy - ten mały potwór nie puści mnie.
- A pani nie chce być uwolniona? - zawołał K. i położył na plecach studenta rękę, którą ten usiłował ugryźć zębami.
- Nie! - krzyczała kobieta odpychając K. obiema rękami - nie, nie, tylko nie to! Czego pan chce! To by była moja zguba. Puść go pan, proszę, puść go pan. On wypełnia tylko rozkaz sędziego śledczego i niesie mnie do niego.