- Więc niech idzie, a pani nie chcę już widzieć - powiedział K., rozwścieczony zawodem, i tak silnie pchnął studenta, że ten potknął się lekko, ale natychmiast uradowany tym, że nie upadł, dał susa ze swoim ciężarem i pobiegł dalej w podskokach. K. szedł powoli za nimi, pojął, że to była pierwsza niezaprzeczona porażka, którą poniósł od tych ludzi. Nie było naturalnie powodu tym się martwić, poniósł porażkę, ponieważ szukał walki. Gdyby został w domu i prowadził zwykły tryb życia, stałby stokroć wyżej od każdego z tych ludzi i mógłby każdego jednym kopnięciem usunąć ze swojej drogi. I wyobraził sobie przekomiczną scenę, która by się rozegrała, gdyby na przykład ten marny studencina, to nadęte dziecko, ten kulawy brodacz klęczał przed łóżkiem Elzy i ze złożonymi rękami prosił ją o łaskę. To wyobrażenie tak mu się podobało, że postanowił, jeśli się tylko nadarzy sposobność, wziąć ze sobą studenta do Elzy. Z ciekawości pobiegł K. jeszcze do drzwi, chciał widzieć, dokąd student zaniesie kobietę, chyba nie będzie jej niósł na ramieniu przez ulicę. Okazało się, że droga była znacznie krótsza. Tuż naprzeciw drzwi mieszkania prowadziły wąskie, drewniane schody prawdopodobnie na strych, w pewnym miejscu skręcały, tak że nie było widać ich końca. Po tych schodach niósł student kobietę na górę, już bardzo powoli i stękając, ponieważ był osłabiony dotychczasowym biegiem.