- Czego pan sobie życzy?
Za nią w oddaleniu widział zbliżającego się w mroku jeszcze jednego mężczyznę. K. rzucił okiem na woźnego. Powiedział on przecież, że nikt nie będzie nim się zajmował, a teraz przyszło już dwoje i jeszcze trochę, a wszyscy urzędnicy zwrócą na niego uwagę i będą może żądali wytłumaczenia jego obecności. Jedynym zrozumiałym usprawiedliwieniem byłoby, że jest oskarżonym i że chciał się dowiedzieć daty następnego przesłuchania, ale właśnie tego wytłumaczenia nie chciał podać, zwłaszcza że nie było zgodne z prawdą, ponieważ przyszedł tu tylko z ciekawości albo, co było jako wytłumaczenie jeszcze bardziej niemożliwe, z chęci skonstatowania, że wnętrze sądów jest równie odrażające jak ich wygląd zewnętrzny. I zdawało się, że przypuszczając tak miał rację. Nie chciał zapędzać się dalej, dość przytłaczało go to, co dotychczas zobaczył, nie był w tej chwili w stanie zetknąć się oko w oko z jakimś wyższym urzędnikiem, który każdej chwili mógł wychynąć z którychś drzwi, chciał odejść, i to z woźnym albo i sam, jeśli nie mogło być inaczej.
Ale jego drętwe milczenie musiało zwrócić uwagę, i rzeczywiście dziewczyna i woźny popatrzyli na niego tak, jakby w najbliższej chwili musiała w nim zajść niezwykła przemiana, z której nie chcieli jako obserwatorzy nic uronić. W otwartych drzwiach stał mężczyzna, którego K. przedtem w głębi zauważył, i oparty o górną futrynę niskich drzwi ważył się na końcach palców jak niecierpliwy widz. Lecz dziewczyna pierwsza poznała, że zachowanie się K. wynika z innej przyczyny, że jest spowodowane lekką niedyspozycją. Przyniosła krzesło i spytała: