- Tu nie może pan zostać, tu tamujemy ruch. - K. zapytał spojrzeniem, jaki właściwie ruch tu tamuje. - Zaprowadzę pana, jeśli pan chce, do izby chorych. Proszę mi pomóc - rzekła do mężczyzny w drzwiach, który też zaraz się zbliżył. Ale K. nie chciał się dać zaprowadzić do intirmerii, właśnie tego chciał uniknąć, by go prowadzono dalej, im dalej, tym musiało być gorzej.
- Już mogę iść - powiedział, lecz osłabiony wygodnym siedzeniem, wstał chwiejnie. Nie mógł się utrzymać na nogach. - Jednak nie mogę - rzekł potrząsając głową i z westchnieniem, siadł z powrotem.
Przypomniał sobie woźnego sądowego, który mógł go przecież łatwo wyprowadzić, lecz tego widocznie od dawna już nie było. K. zaglądał w lukę pomiędzy dziewczyną a mężczyzną, którzy stali przed nim, ale woźnego nie mógł znaleźć.
- Sądzę - rzekł mężczyzna, który był zresztą elegancko ubrany i zwracał uwagę zwłaszcza popielatą kamizelką z dwoma długimi, ostrymi końcami, wybiegającymi spiczasto w dół - że niedyspozycja tego pana jest wynikiem tutejszej atmosfery, dlatego będzie najlepiej i dla niego najmilej, jeśli go nie skierujemy do izby chorych, ale w ogóle wyprowadzimy z kancelarii.
- Otóż to! - zawołał K. prawie mu przerywając z wielkiej radości. - Na pewno będzie mi zaraz lepiej, wcale nie jestem taki słaby, trzeba tylko, żeby mnie trochę podtrzymano. Nie sprawię panu wiele trudności, bo droga nie jest długa, niech mnie pan zaprowadzi tylko do drzwi, usiądę potem jeszcze trochę na schodach i zaraz przyjdę do siebie, bo nigdy nie cierpię na takie ataki, mnie samemu to się dziwne wydaje. Jestem przecież także urzędnikiem i przywykłem do powietrza biurowego, ale tu nie sposób wytrzymać, sam pan to przyznaje. Zechce więc pan być tak uprzejmy i trochę mnie poprowadzić, mam zawrót głowy i robi mi się słabo, gdy sam wstaję. - I podniósł ramiona, aby ułatwić obojgu chwyt pod pachy.