- Nie zechciałby pan tu usiąść?
- Nie - powiedział K. - nie chcę wypocząć.
Powiedział to możliwie stanowczo, ale w rzeczywistości byłby z rozkoszą usiadł. Cierpiał jakby na chorobę morską. Zdawało mu się, że jest na okręcie płynącym na wielkiej fali. Miał wrażenie, jakby woda rozbijała się o drewniane ściany, jakby z głębi korytarza dochodził szum przelewających się fal, jakby korytarz kołysał się w poprzek i jakby czekające pod obu ścianami strony raz wznosiły się, to znów opadały. Tym bardziej nie pojmował spokoju dziewczyny i mężczyzny, którzy go prowadzili. Mieli go w swoich rękach, gdyby go opuścili, musiałby upaść jak kłoda. Z ich małych oczu szły tu i tam bystre spojrzenia. K. odczuwał ich równomierne kroki, nie wykonując sam żadnych, bo nieśli go prawie krok za krokiem. Wreszcie zauważył, że mówią do niego, ale on ich nie rozumiał, słyszał tylko zgiełk, który wszystko napełniał i poprzez który zdawał się dźwięczeć niezmiennie jakiś wysoki ton, niby głos syreny.
- Głośniej - szepnął ze zwieszoną głową i zawstydził się, bo wiedział, że mówią dość głośno, jakkolwiek dla niego niezrozumiale.
Nagle powiało wprost w twarz świeżym powietrzem, jakby się przed nimi ściana rozdarła, i usłyszał obok siebie:

  WQVQYZM WQBVPPM WQYGKPM WJXZVZM WQKQJBM