- Najpierw chce odejść, a potem można mu sto razy mówić, że tu jest wyjście, a on się nie rusza.
K. uczuł, że stoi przed drzwiami wyjściowymi, które otworzyła dziewczyna. Miał wrażenie, jakby od razu wróciły mu wszystkie siły.
Czując przedsmak wolności, zstąpił od razu na pierwszy stopień schodów i stąd pożegnał się z towarzyszami, którzy lekko się nad nim pochylili.
- Stokrotne dzięki - powtórzył, ścisnął obojgu kilkakrotnie ręce i puścił je dopiero wtedy, gdy zauważył, że oni, przyzwyczajeni do powietrza kancelaryjnego, źle stosunkowo znoszą świeże powietrze napływające ze schodów. Ledwo mogli odpowiedzieć, a dziewczyna byłaby może upadla, gdyby K. nie zamknął czym prędzej drzwi.
Potem stał jeszcze chwilę spokojnie, przygładził sobie przed lusterkiem kieszonkowym włosy, podniósł swój kapelusz, który leżał na dolnym stopniu schodów - informator pewnie go tam rzucił - i zbiegł ze schodów tak świeży i tak długimi susami, że wprost przeraził się tej nagłej zmiany. Takiej niespodzianki nie doznał jeszcze nigdy ze strony swego, zresztą całkiem dobrego zdrowia. Czyżby ciało zamierzało zbuntować się i zgotować mu nowy proces, skoro tak łatwo znosił dotychczasowy? Nie odrzucił całkiem myśli, by pójść przy najbliższej okazji po poradę do lekarza, w każdym jednak razie - w tym nie potrzebował cudzej rady - postanowił wszystkie następne przedpołudnia niedzielne lepiej odtąd wyzyskiwać.



  WQBKVVM WQKPZBM WJZQBGM WQQZYVM WJVYJYM