Gdy pani Grubach przyniosła śniadanie dla K. - odkąd go tak rozgniewała, nie odstępowała służącej najmniejszej posługi przy nim - nie mógł się K. powstrzymać, by nie przemówić do niej po raz pierwszy od długiego czasu.
- Skąd to dzisiaj taki ruch w przedpokoju? - spytał nalewając sobie kawy - czy nie można by tego zaniechać- Czy trzeba robić porządki właśnie w niedzielę?
Mimo że K. nie spojrzał na panią Grubach, zauważył jednak, że odetchnęła jakby z ulgą. Nawet to surowe pytanie potraktowała jako przebaczenie czy wstęp do przebaczenia.
- To nie są porządki - rzekła - tylko panna Montag przeprowadza się do panny Bürstner i przenosi swoje rzeczy. Nic więcej nie powiedziała czekając, jak to K. przyjmie i czy pozwoli jej dalej mówić. Ale K. wystawił ją na próbę, w zamyśleniu mieszał kawę łyżeczką i milczał. Potem popatrzył na nią i rzekł:
- Czy już się pani pozbyła swoich poprzednich podejrzeń względem panny Blirstner?
- Drogi panie - zawołała pani Grubach, która tylko czekała na to pytanie, i wyciągnęła do K. złożone ręce - pan niedawno tak źle przyjął moją przypadkową uwagę. Nawet mi na myśl nie przyszło, aby pana albo kogokolwiek urazić. Przecież pan mnie już dość dawno zna, panie K., i może być chyba tego pewny. Pan nawet nie wie, jak ja cierpiałam w ostatnich dniach. Ja miałabym oczerniać moich lokatorów! I pan w to uwierzył! I jeszcze oświadczył, że ja powinnam panu wypowiedzieć! Wypowiedzieć panu!