- Ależ pan prawie niczego nie tknął - powiedziała pani Grubach.
- Ach, proszę już to wynieść! - zawołał K., miał uczucie, jakby do wszystkiego, aby mu obrzydzić, przymieszano pannę Montag. Gdy przechodził przez przedpokój, spojrzał na zamknięte drzwi pokoju panny Bürstner. Ale nie tam był zaproszony, tylko do jadalni, której drzwi szarpnął gwałtownie bez pukania. Był to bardzo długi, ale wąski pokój o jednym oknie. Znajdowało się tam tyle tylko miejsca, że można było ukośnie ustawić w kątach po stronie drzwi dwie szafy, podczas gdy pozostałą przestrzeń całkowicie wypełniał długi stół, zaczynający się w pobliżu drzwi i sięgający aż do samego okna, do którego z tego powodu nie można było prawie przystąpić. Stół był już nakryty, i to na wiele osób, ponieważ w niedzielę prawie wszyscy lokatorzy jadali tu obiad. Gdy K. wszedł, panna Montag odeszła od okna i wzdłuż jednej strony stołu podeszła naprzeciw niego. Powitali się milcząco. Potem powiedziała panna Montag, zadzierając jak zawsze niezwykle wysoko głowę:
- Nie wiem, czy pan mnie zna. K. patrzał na nią spod ściągniętych brwi.
- Pewnie - powiedział - pani przecież już od dłuższego czasu mieszka u pani Grubach.
- Ale, tak mi się zdaje, pan niewiele interesuje się pensjonatem powiedziała panna Montag.

  WQZKQJM WJVJKZM WQJBYZM WJQGJXM WQVXYPM