- Nadzorca wzywa pana! - zawołano.
Tym, co go przestraszyło, był krzyk, ten krótki, urywany, żołnierski wrzask, o który by nigdy strażnika Franciszka nie posądzał. Sam rozkaz był mu pożądany.
- Wreszcie! - odkrzyknął, zamknął szafkę i natychmiast pobiegł do sąsiedniego pokoju.
Tam stali obaj strażnicy i jakby się to samo przez się rozumiało, zagnali go z powrotem do jego pokoju.
- Co wam przyszło do głowy! - wołali - w koszuli chcecie iść do nadzorcy? Każe was obić, i nas w dodatku.
- Puśćcie mnie, do diabla! - wolał K., którego już przyparli do szafy - nie można wymagać ode mnie odświętnego stroju, skoro napada się na mnie w łóżku.
- Trudna rada - powiedzieli strażnicy, którzy zawsze, ilekroć K. podnosił głos, uspokajali się, nawet wprost smutnieli, co go mieszało i poniekąd otrzeźwiało.
- Śmieszne ceremonie - mruczał jeszcze, ale już zdjął ubranie z krzesła i trzymał je chwilę w obu rękach, jakby poddawał je ocenie strażników. Potrząsnęli głowami.
- To musi być czarne ubranie - powiedzieli.
Na to K. rzucił ubranie na ziemię i sam nie rozumiejąc, w jakim sensie to mówi, powiedział:
- Przecież to jeszcze nie jest rozprawa główna.
Strażnicy uśmiechnęli się, lecz obstawali przy swoim:
- To musi być czarne ubranie.

  WQGQGJM WQKPGYM WQKXJBM WQGBPPM WQGKYKM