Rozdział piąty
Siepacz
Gdy K. jednego z następnych wieczorów przechodził przez korytarz, który oddzielał jego biuro od głównych schodów - wyszedł tym razem prawie ostatni do domu, tylko w ekspedycji pracowali jeszcze dwaj woźni w małym kręgu światła żarówki - usłyszał dochodzące zza jakichś drzwi, za którymi, jak zawsze przypuszczał, znajdowała się tylko rupieciarnia, westchnienia i jęki. Przystanął zdumiony i jeszcze raz nadstawił ucha, aby przekonać się, czy się nie omylił. Chwilkę było cicho, ale potem znowu zaczęły się wzdychania. Początkowo chciał pójść po jednego z woźnych, myśląc, że może potrzebny będzie świadek, ale potem opanowała go taka nieposkromiona ciekawość, że gwałtownie szarpnął drzwi. Była to, jak słusznie przypuszczał, graciarnia. Stare, wycofane z użycia druki, wywrócone puste flaszki od atramentu leżały za progiem. W samej komorze zaś stali trzej mężczyźni schyleni w tym niskim pomieszczeniu. Przymocowana do półki świeca dawała im światło.
- Co wy tu wyrabiacie? - spytał K. załamującym się ze wzburzenia, choć przyciszonym głosem. Jeden z mężczyzn, który widocznie dowodził innymi i przyciągnął najpierw na siebie jego uwagę, tkwił w czymś w rodzaju ubrania z ciemnej skóry, które odsłaniało głęboko, aż do piersi, szyję i obnażało całe ramiona. Nie odpowiadał. Ale dwaj inni zawołali: