- Jeśli nie możesz dokazać, by nas obu oszczędzono, to spróbuj przynajmniej mnie uwolnić. Willem jest starszy ode mnie, pod każdym względem mniej wrażliwy, odebrał też już raz przed kilkoma laty lekką chłostę, ale ja nie utraciłem jeszcze czci, to Willem doprowadził mnie do tego postępku, Willem, który w złym i dobrym jest moim mistrzem. Na dole przed bankiem czeka na moje wyjście moja biedna narzeczona, wstydzę się tak okropnie.
Surdutem K. wytarł swoją całkiem łzami zalaną twarz.
- Nie czekam dłużej - powiedział siepacz, chwycił rózgę obiema rękami i ciął Franciszka, podczas gdy Willem przykucnął w kącie i przypatrywał się ukradkiem nie śmiejąc ruszyć głową. Wtem podniósł się krzyk, wydał go Franciszek, był to krzyk nieprzerwany i niemodulowany, jakby pochodził nie od człowieka, tylko z zamęczonego instrumentu. Rozbrzmiał nim cały korytarz, cały dom musiał go słyszeć.
- Nie krzycz - zawołał K., nie mógł się pohamować i z natężeniem patrząc w kierunku, skąd mogli przyjść woźni, trącił Franciszka niezbyt mocno, ale na tyle mocno, że ten runął natychmiast na ziemię, bezprzytomny z bólu, kurczowo obłapiając podłogę. Nie uszedł jednak razów, rózga dopadła go nawet na ziemi, gdy on wił się pod nią, jej koniec regularnie szedł w dół i w górę. I już ukazał się w dali jeden z woźnych, a parę kroków za nim drugi. K. prędko zatrzasnął drzwi, podszedł do pobliskiego okna wychodzącego na podwórze otworzył je. Krzyk zupełnie ustal. Aby nie pozwolić zbliżyć się ludziom, zawołał:

  WJJPQZM WQYZZVM WQBZYJM WQXGPQM WJZBZBM