Nie mówię więcej, bo mój rym już kwili
I łzami się już zalewają wargi!
Lecz gdyby jaka nimfa w owej chwili,
Kiedy nasz rycerz na świata zatargi
Puszczał się, takie proroctwo wyrzekła,
Uczułby w sercu coś – coś na kształt piekła...
O! dzika żądzo pośmiertnego żalu!
Jakim ty jesteś smutnym głupstwem ludzi!
Zwłaszcza że wiedziesz prosto do szpitalu
Rozmarzonego. A nim się obudzi,
Już w jego oczach, jak w mglistym opalu,
Błyskają światła, szpitalnicy chudzi,
Mniszek pacierze, trumien robotnicy,
Mgła – za tą chmurą Pan Bóg na kształt świecy.
Ale to wszystko jedno. – Nasz bohater
Dom swój opuszczał ze swym starym sługą,
Jak opuszczała swój dom panna Plater...
A kiedyś, dawniej, Czarnecki z kolczugą...
Ach, tak jak później nasz sejmowy krater,
Który wybuchnął wielką, jasną fugą
Z Warszawy – Wisłę przewędrował promem...
I mówi, że jak ślimak wyszedł z domem...
Ach, tak jak sztaby, klub i wszyscy święci,
Co dzisiaj w każdym są kalendarzyku
Emigracyjnym, niby z krzyża zdjęci;
Jak ja nareszcie, co w tym słoneczniku
Muszę się kręcić, bo się ze mną kręci
Za każdym słońcem – słońc mamy bez liku!
I trzeba dobrze nam tą myślą przesiąc,
Że dla niezgody słońc – królem jest miesiąc.
Lecz to dla innych wieszczów ta bez twarzy

  WQGPPXM WQXKYGM WQQQKQM WQBZZXM WJJGBXM