Walka, jak w dawnej Skandynawów wierze
Wojna niebieskich krwawych luminarzy.
Teraz niech nowi wystąpią rycerze,
Ułani, dawnych synowie husarzy,
Którym krew ruska chorągiewki pierze.
Pan Kaźmierz jechał takim być ułanem –
Kłaniało mu się zboże całym łanem,
Kłosek mu każdy dziękował ugięty,
Bławatek każdy mu się przypatrywał
Ani się skarzył, choć kopytem ścięty.
Beniowski jechał cicho – sługa śpiewał
Jedną z tych pieśni, w których jęk zamknięty;
A głos po łanach złocistych przepływał
I wpadał w ciemny las, na dębów słuchy;
Te drżały bijąc skrzydłami jak duchy.
Ciemniało. – Rycerz wyjechał nad jary,
Skąd rzucił okiem na dom swej kochanki.
Skała ta jako wielki obłok szary
Stała nad stawem; nad nią były wianki
Drzew ogrodowych i dom wielki, stary,
Z płomienistymi okny i krużganki.
Całą tej górze postać ekscentryczną
Odjęła złota noc swą szatą śliczną.
Nie widać było posągu Junony,
Dalekim oczom zniknął gdzieś Apollo;
Ale dąb widać było zamyślony,
Co stał nad zamkiem, żeniony z topolą;
Lecz z zamku księżyc wybuchał czerwony
Jak smutny aktor, co z Hamleta rolą
Wyjdzie na scenę. Księżyc wstąpił krwawy
I oczerwieniać zaczął staw Ladawy.
Pan Kaźmierz był z tych, co stawią na tuza
Cały majątek; przegrał go i plunął –

  WJVQPZM WJJXJXM WQBVBPM WQQKKZM WQXQYBM