Lecz patrząc na ten dom, gdzie wziął harbuza
I z nadziei swych na wiek wieków runął,
Westchnął! – i wzniosła mu się w piersiach śluza,
Łzami się zalał i z siodła się sunął
Jak człowiek, który dostał nagle mdłości. –
Przyskoczył stary Grześ: „Co jegomości?
Święta Maryjo, ratuj! dziecko kona!”
Na to Beniowski rzekł: „Poprawiam strzemię”.
Odepchnął sługę, co go brał w ramiona,
W konfederatkę się chlasnął i w ciemię,
Spojrzał na księżyc, co zeń jak z Memnona
Wydobył jęki, i całe trosk brzemię
Takim westchnieniem wielkim w księżyc cisnął,
Ze księżyc śćmił się – zmarszczył – i znów błysnął.
Westchnąwszy jechał dalej brzegiem jaru,
A za nim sługa w ceglastym kontuszu.
Smutnemu wiatr się zdaje pełen gwaru,
Litość aniołów brzęczy koło uszu,
Smutny jest gotów do bójki i swaru,
Gorączkowego pełen animuszu.
Takim Beniowski był i jego lozak –
Szczęściem, że żaden się nie zjawił Kozak,
Bo w takiej chwili kochanek rozpaczny
Gorszy niż lwica Wirgilla hirkańska.
Jechał więc smutny rycerz; za nim baczny
Na wszystko jechał Grześ – a wódka gdańska
W skórzanej flaszy dźwięk dawała smaczny
I bełkotała ta nimfa szatańska
Właśnie jak gołąb, co z miłości grucha,
Lub poetyczna na Litwie ropucha.