Słysząc, jak słodko zapraszała flasza,
Spróbował jej Grześ raz, dwa i trzy razy;
I w oczach mu się wnet zrobiła kasza
Z gwiazd, a sam księżyc był szperką, a głazy
Ludźmi. Więc jako żona Eneasza –
Został się w Troi, z konia spadł na ślazy,
I tak bohater zbył swojego sługi –
Ale za koniem jego szedł koń drugi...
I było coraz ciemniej... wtem – o cuda! –
Koń Grzesia zaczął prześcigać panicza:
Na nim siedziała jakaś wiedźma ruda,
Gałąź pokrzywy miała zamiast bicza –
Tu widzę, że mi się poemat uda,
Że mi już muza swoich łask użycza;
Więc dalej! wieszczów galopem wyprzedźmy,
Jest ex machina deus – w kształcie wiedźmy. –
Więc, jak powiadam, zrównały się konie.
Beniowski nagle ocknął się i wzdrygnął
Widząc, że siedział czart w srebrnej koronie
Na koniu, co go jak wicher prześcignął...
I wziął z Kaźmierza rąk w kościane dłonie
Lejce, i stepem zamroczonym śmignął
Ciągnąc za sobą mojej pieśni syna.
Że Polak daje się wieść – nie nowina!
Widziałem... Ale stój, muzo! bieg krzywy
Tu nie przystoi wcale. – Miesiąc świeci,
Na koniu wiedźma gałęzią pokrzywy
Smaga po zadzie konia i tak leci
W srebrnej koronie jak anioł straszliwy,
O którym roją na pół senne dzieci,
Że ma koń ze mgły, z wężów srebrnych bicze,

  WQXPXBM WQGVGYM WQVJKYM WJXXVGM WJKYXGM