Nie wiesz? – Więc sobie zamawiam twą łaskę
Nadal, na rzeczy ważniejszych sądzenie. –
Beniowski więc wpadł w szatańską zatrzaskę,
Widzę w tym jego gwiazdę – przeznaczenie!
I leciał jak wiatr, patrząc w bladą maskę,
Którą słoneczne wkładają promienie
Na twarz księżyca; a w tym prędkim biegu
Świat mu się cały zdawał kłębem śniegu.
Nagle – zwolniła kroku przewodniczka,
Roześmiała się, zeskoczyła z siodła.
Beniowski siedział na koniu jak świeczka,
Patrząc, gdzie go ta wędrówka zawiodła.
Ujrzał, że chwastem zarosła uliczka,
Między skałami – co mogą za godła
Służyć dwóm sercom rozdartym na wieki –
Wiodła go prosto – prosto – do pasieki.
Pasiekę tę znał dobrze i te skały,
I tę ścieżeczkę, pełną rudej glinki.
Tutaj pasterskie roił ideały –
Z których czytelnik może robić drwinki. –
Starosta córce dał ten gaik mały
I od niej nazwał miejsce – Anielinki.
A zaś ta wiedźma, na pozór straszliwa,
Była to niańka panny, stara Diwa.
Poznał ją rycerz i za tę czerwoną,
Za tę ibisa rękę wnet uścisnął.
„Więc ty Irydą jesteś, a Junoną
Jest twoja pani? Teraz obłok prysnął!
Ach, widzę, jaką miałem myśl szaloną!
I co bym zrobił, gdybym szablą świsnął
I odciął ci tę rękę, Diwo stara.
Drugi raz nie graj w diabła i w Tatara”.