Tak mówiąc, za swą Diwą szedł z pośpiechem
I ze skał wyszli na łąkę zieloną,
Na którą księżyc spoglądał z uśmiechem
Widząc tysiącznych róż otwarte łono.
Chata, nakryta prostej słomy wiechem,
Ścieniona lipy ogromnej koroną,
Stała na łące, w najciemniejszej głębi,
Z girlandą śpiących wokoło gołębi.
Z drżeniem za Diwą szedł Beniowski młody
Prowadząc konia, co się wyrwał z dłoni
I poszedł z wolna, parskając, do wody –
Ta wyglądała spod białych jabłoni
Szarfą księżyca, błękitem pogody –
Za nim koń drugi poszedł rżąc – a oni,
To jest nie konie, lecz nasz rycerz z Diwą,
Weszli w lepiankę pochyłą i krzywą.
Staruszek, Diwy mąż, poświecił w sieni
I drzwi otworzył od panny pokoju.
Na progu stała jakby smętna ksieni
Panna Aniela, cała w białym stroju;
Z dyjamentowych zaś miesiąc pierścieni,
Podobny do gwiazd migających roju,
Błyskał na kruczych włosach rozwiniętych,
Właśnie jakoby złote światło świętych.
Beniowski myślał, że anioł, i witał
Jak bóstwo: długim, przeciągłym westchnieniem,
Potem się zmięszał i o zdrowie spytał –
Co dziś byłoby wielkim uchybieniem!
Nieświatowością! znakiem, że nie czytał
Pani Sand, że się byronicznym cieniem
Nie okrył, że jest niezgrabny w rozmowie,
Że nie wie, jak to mówić romansowie.