Już jej nie nazwie nikt w pieśni dziewczyną,
Lecz musi nazwać posępnie dziewicą,
A kochanek jej, jak Fingal lub Ryno,
W chmurach skłębionych igra z błyskawicą
I śpiewa wichrom piekielny tryjolet,
Mając łzy w oczach – a w ręku pistolet,
Ale to nie był los panny Anieli.
Chociaż tak piękna jak żadna śmiertelna,
Zbliżyć się ludzie i kochać nie śmieli.
Została dumna i nieskazitelna,
Chodziła jako łabędź lub anieli,
Kołysząc się na giętkiej stopie – strzelna
Nie była swymi zrennicami – zgoła! –
Lecz oczy czarne jej – paliły czoła.
Włosy jej długie, krucze, w róg zwinięte,
Ciężyły głowie swą jedwabną wagą.
Ta sama głowa miała kształty święte
I uświęcone snycerską powagą,
Smukłe, ku plecom w okrągłość ściągnięte –
Ktokolwiek widział marmurową nagą
Florencką Wenus, nie weźmie za fraszki
Tego, co mówię tu o formie czaszki –
Jak owe jaje, w którym kiedyś Leda
Powiła syna bogu–łabędziowi;
Jak? – dzisiaj się to wytłumaczyć nie da
Przez żaden nowszy cud katolikowi;
A gdym tłumaczył, to panna Prakseda
Święta – aniołek jezuicki, wdowi –
Jak na kazaniu siedziała sanskryckim,
A potem dała mi w sam łeb – Witwickim.
Więc dziękowałem Bogu, że spod prasy
Nie wyszło jeszcze sześć psalmów Bojana,