Przy samym panu Staroście, na prawo;
Dobijał właśnie targu i na czole
Widać mu było niecierpliwość krwawą,
Gryzącą; oczy utopił sokole,
Za ręce teścia trzymał ręką prawą,
Lewą na stole, wyciągniętą prosto
Ku kielichowi i mówił: „Starosto!
Jakem człek prawy! jakem Polak prawy!
Tak pragnę córkę twoją uszczęśliwić,
Wierzaj mi i bądź, Starosto, łaskawy!”
Tu pragnąc trupi głos nieco ożywić,
Pociągnął wina; pił jak but dziurawy
I zwykł się nieco był po piciu krzywić;
Tak wyciągnąwszy blisko wina kwartę,
Zmarszczył i czoło rozjaśnił wytarte.
I rozjaśniony znów do zamku pana:
„Starosto, zezwól na szczęśliwość naszą!”
Tak mówiąc teścia przyszłego kolana
Ścisnął pod stołem, i oczy, co straszą
Chłopów jak oczy czerwone szatana,
Uczynił cukrem i ponętą ptaszą –
A miał na oczach swoich, jak jastrząbek,
Z powiek wilgotno-czerwonych obrąbek.
Starosta na pół spiący, ale grzeczny,
Nie wstawał ani odpowiadał na to;
Pan to był bowiem, co chciał być bezpieczny,
Zwłaszcza gdy ujrzał twarz żółtą, wąsatą,
I wiedział, że gniew może ściągnąć wieczny,
Gniew, który czeka z lichwą i z wypłatą.
Siedział więc zimny, lecz trochę się puszył,
Że w konkur wielki pan o córkę ruszył.
Nie odpowiadał nic, bo przez półowę