Już spał – a wreszcie nie chciał odpowiadać.
Pan Dzieduszycki zaczął prośby nowe,
Jak do pacierzy jął ręce układać;
Już się był począł przez słowa miodowe
Do uśpionego na pół serca wkradać,
Już widział uśmiech, co poprzedza wszędzie
Ostatnie, słodkie słowo: „Niech tak będzie”
Gadając ręce pokornie złożone
Na stół położył obie i wytrzeszczał
Na pana zamku oczy zaiskrzone –
Albowiem uśmiech mu senny obwieszczał,
Że po pjanemu zdobył sobie żonę –
Wtem nagle jak wąż wzdął się i zawrzeszczał,
Wstał... lecz na stole miał obiedwie dłonie,
A na nich papier i orła w koronie...
Orzeł na karcie był – a karta była
Nożem tureckim do rąk mu przybita...
Boleść go nad nią w arkadę skrzywiła,
Oczy w niej toną – myślałbyś, że czyta,
Że karta trupie kolory odbiła
Na jego żółtą twarz. Ksiądz karmelita
Za stołem cicho stał i patrzał z góry
Na czytelnika bladego tortury.
Ocknięty zamku pan – to raz na księdza,
To znów na ściany patrzał wstając z wolna,
Ręka na szabli, w oczach gniewu jędza
Ledwo się w sobie pohamować zdolna...
Lecz myślał, że mu sen mary napędza,
Tak dziwną była ta cisza okolna,
Ten papier nagle do stołu przybity,
Dzieduszyckiego jęk – wzrok karmelity.
Już dawno by się był skokiem lamparta

  WQGZZGM WQXYXVM WQQBJJM WQBPBBM WJJPXGM