I syczał, i tak jak oko szatana
Spojrzał z błękitu, i tak jako pawie
Piór płomienistych zaokrąglił końce,
I zatrzymany w niebie, trwał jak słońce.
Anieli zdało się, że już odkryta,
Że już ją widzi ojciec, jej dugena,
Niebo, ta raca na gwiazdach rozbita
I każda róża w ogniu, i falena;
Już zdało się jej, że świat cały pyta
I pokazuje ją palcem. – Ta scena
Byłaby bardzo przykra dla tej panny,
Gdyby to zamiast racy był świt ranny.
Lecz raca zgasła i swe włosy złote
W ciemnym powietrzu cicho osypała.
Kilka z tych włosów przez grubą ciemnotę
Upadło właśnie z nieba tam, gdzie stała
Panna Aniela myśląc, jak tę psotę
I te wycieczki będzie ubierała
W wymówki; i pod ulewą ognistą
Przybrała na się postać dziwnie czystą.
Różane usta przygryzła zdradliwie,
Z oczu spuszczonych w bok miotała błyski,
Trochę się patrząc smutnie i fałszywie;
Przygotowała dla ojca uściski,
Dla guwernantki podobne pokrzywie
Pocałowanie, jeden ukłon niski
Dla pretendenta do obrączki ślubnej
I z tym ukłonem uśmiech – treści zgubnej.
Mimo to wszystko serce biło szybko;
Coś do tej główki wpadło i pobiegła,
Biegnąc, jak gdyby była złotą rybką,
Która od wędki z dala plusk spostrzegła;
I coraz prędzej leciała, i gibko
Chwiała się, ogniem twarzyczkę zażegła,

  WJJBPBM WJKVZYM WJXVYJM WQVKZBM WQGZBQM