Zadyszała się – i różowa wpadła
W bramę, i wkoło spojrzała, i – zbladła.
Przy bramie stali obcy ludzie mnodzy,
Różnego stroju, wąsaci i zbrojni.
Widać, że byli trzymani na wodzy,
Bo ujrzeli ją i stali spokojni.
Byli to wszystko szlachcice ubodzy,
Patryjotyczni bardzo, bogobojni,
Na pierwszy ogień szli, stali przy bramach,
Choć zimno, rzadko który w lisich błamach.
Nie zapytała ich o nic, nie śmiała
O nic zapytać panna starościanka.
Ale spojrzawszy na nich już nie drżała,
Już wyglądając dumnie jak Rzymianka,
Wyprostowana, sroga, trochę biała,
A okiem paląc jak transteweranka,
Biegła, jak wicher szła przez korytarze,
O swego ojca twarz patrząca w twarze.
Jako Elektra weszła; elektrycznie
Cała się wstrzęsła widząc ojca w tłumie,
Który dowodził wtenczas retorycznie,
Że schylić głowy przed nikim nie umie,
Że rad by się był rozsądzić granicznie
Z konfederacją... i t[ak] d[alej]. – W szumie
Tych słów nic więcej nie pojęła córa,
Tylko że ojcu grozi jakaś chmura.
Blady był bowiem starzec, jego ręce
Drżały. – Tu powiem, że Dzieduszyckiemu
Pożyczył, niegdyś proszony, naprędce,
Kozaków przeciw panu Pułaskiemu.
Słusznie więc teraz zbladł jako jarzęce
Świece, trupowi podobien białemu.
I ów pan, cały purpurowy wczora,
Wyglądał jako statua Komandora.