Zaczarowany zamek albo rzeka
Pełna rusałek. – O! domysły trafne! –
Może w pokrzywy przemieniona Dafne,
Może Minotaur i zaklęte skarby,
Z których jak z dobrej wioski będzie przychód –
Tak młodość wszystko stroi w lśniące farby,
Nigdy się małych nie spodziewa lichot.
O, gdyby nie to! to nigdy Ikar by
Nie latał, nigdy by nie żył Don Kichot,
Nigdy by w „Trzecim Maju” nie urosły
Iluzje – na co dziś tak wrzeszczą posły,
Beniowski, goniąc gołębie i mary,
Obaczył, że na dąb samotny siadły –
Był to ów sławny dąb, gaduła stary,
Jak czarownica krzywy i wybladły.
Ogniste zeschła kora miała szpary,
Z konarów liście na poły opadły,
Liść, co pozostał – zwiędły i zwalany,
Szumiał po drzewie jak krwawe łachmany.
Bez kształtu, spiekły, podarty, nieżywy,
Zimę i lato wisiał na konarze;
Kruk się go lękał, a jeleń pierzchliwy
Nigdy nie zasnął w tym krzemiennym jarze
Bo z wiatrem ów liść łopotał straszliwy
Jako szatańskie skrzydło, całe w żarze...
Nocą spod owych skrwawionych warkoczy
Próchno świeciło się w dębie – jak oczy.
Na drzewo spadły dwa ptaszki Wenery.
Beniowski w galop szedł za lotem ptaków,
Albowiem ujrzał dwa ruskie giwery
I sześć pod dębem kozackich kołpaków...
Którzy tam pewnie jako marodery
Szukali w drzewie skarbów lub Polaków...