Tą myślą modlić się – i nie przeklinać;
On! i pustyni gwiazdy lazurowe,
I zachodzące nad morzami słońce,
I jedno serce ludzkie. – Lecz to nowe
Głosy dla mojej lutni – te cierpiące:
Milcz, serce! Albo się strzaskaj, echowe
Narzędzie pieśni, bolu, wiecznie drżące
I obłąkane, niezaspokojone!
Uderzam ciebie w złości. – Milcz, szalone! –
O czymże ja mówiłem?... Ha... w tym jarze
Dwóch zarąbanych leżało Moskali,
Którym pan Zbigniew patrzał w blade twarze;
Wtem ujrzał, że się cierń zajęty pali,
Że się już ogień wiesza na konarze
Suchego dębu; a więc cięciem stali
Odrąbał gałąź, ta zaś, odrąbana,
Jak płomień zdjęty przez burzę z wulkana,
Leciała hucząc głucho i czerwona
Kołysała się nad trupami dwoma,
Jak szatan, co chce duszę brać w ramiona,
Albo orlica z płomieni, łakoma
Ciała ludzkiego; więc – o! myśl szalona! –
Beniowski, święcie wychowany doma,
Przeżegnał pełną robaczliwych strupów
Gałąź – i wiatr ją pochwycił znad trupów,
Roziskrzył, stargał, skręcił i zwinąwszy
W jeden kłąb, rzucił w ciemną jaru szyję.
Tu nawet zimny rozsądek najzdrowszy
Słysząc, jak gałąź ta jęczy i wyje,
Zrobiłby utwór i poemat nowszy,
W którym gadają puchacze i żmije –
Co do mnie, prawda mię epiczna więzi,

  WQYVJQM WQZPGXM WQJVBXM WQPYVZM WJJJYZM